wtorek, 7 kwietnia 2015

Blogerko! Pomóż i zanalizuj moją dietę!

Blogerzy!

Jakiś czas temu byłam na diecie ułożonej przez "dietetyka". Współlokatorka schudła na podobnej, tyle, że ułożonej pod jej potrzeby koło 13 kilo (z czego 5 już wróciło). Nie kosztowała dużo, więc poprosiłam tego trenera o dietę dla siebie, podałam wymiary, wagę i wszystko o co prosił. Dostałam to co widzicie poniżej. Już po 2 tygodniach spadło mi 2 kilo (oczywiście ćwiczyłam), ale czułam się, jakby mnie coś rozjechało. Do obiadu chodziłam głodna, a gdy dochodziło do obiadu nie byłam w stanie zjeść go całego. Do tego zaparcia, wieczne zmęczenie, a trzymałam się jej co do grama. Dieta ponoć ma przeliczone makroskładniki.

Pytanie do Was: co jest nie tak z tą dietą, poza tym, że jest niesmaczna (gotowany kurczak, fuj fuj fuj). Piszcie wszystko co zauważycie w komentarzach :)
 
Trochę o samej diecie: miałam do wyboru dwa "menu", rano miałam wybierać jedno i lecieć nim do końca dnia. Dieta zamawiana była typowo pod odchudzanie, miałam co 3 tygodnie zgłaszać się po nową. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

I jeszcze jeden, i jeszcze raz...

Zacznę od tego, że się przedstawię…

Cześć, jestem Ola i znowu się odchudzam. Nigdy nie zależałam do tych dziewczyn, które non stop są na diecie, aż do chwili, gdy poszłam na studia. Tak też rozpoczął się trwający już 3 lata okres bycia na diecie, łamania diety, biegania przez tydzień, porzucania biegania. Te trzy lata to nieustanne mówienie sobie, że tym razem się uda, tym razem będzie inaczej, by później przekonywać samą siebie, że jest mi to niepotrzebne, bo przecież jestem piękna jaka jestem, nie tylko chude dziewczyny mogą się podobać.

I tak po różnych perypetiach, zmianie mieszkania i chłopaka, wzięciu na siebie miliona projektów  utyłam. Bo przecież moje współlokatorki mają nadwagę i otyłość, nic mi nie grozi. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, czyli fast-foodów i nieregularnego trybu życia bum! 72kg przy wzroście 166cm. Nadwaga. 

Toteż wracam do Was pokornie i znowu wyznaczam sobie cele, bo tak być nie może, żeby tyłek miał własną grawitację.

MAŁE CELE:


  • Osiągnę pierwszy wagowy cel, czyli powrót do wagi w normie wg BMI – 68kg. 
  • Wrócę do biegania – będę biegać przynajmniej 3 razy w tygodniu, wieczorami bo tak lubię najbardziej, ale!  Spróbuję choć raz wyjść i pobiegać rano – może jednak uda mi się przekonać mój organizm, że to nie jest wyrok śmierci. 
  • Będę się rozciągać po każdym bieganiu czy ćwiczeniach – dotknę czołem kolana w siadzie płotkarskim a także w siadzie prostym chwycę się całymi dłońmi za obie stopy.
  • Przez 3 tygodnie będę jadła tylko to, co sama przygotuję – nie tknę żadnych kupnych pierogów, pizzy, fast-foodów czy frytek. Jeśli będę głodna na uczelni to trudno – nauczę się w końcu planować posiłki i zabierać jedzenie ze sobą. Moim problemem nie jest obżarstwo, a nie zdrowe jedzenie, które wchłaniam tonami, do tego brak warzyw. 
  • Zmniejszę obwód swojej pupy do 99cm – teraz wynosi on koło 104cm i jestem przekonana, że gdyby ktoś czymś we mnie rzucił, to zaczęłoby krążyć po orbicie wokół moich bioder.
  • Zmniejszę obwód swojej talii  do 74cm – teraz ma około 78-79cm i nie posiadam przez to obecnie żadnego wcięcia w talii
  • Wzmocnię mięśnie brzucha i pleców – ćwiczenia są zaleceniem od lekarza, mam robić latarnika, brzuszki, skłony, kocie grzbiety i inne podobne. Dlaczego? Bo plecy bolą mnie już w momencie gdy się budzę, a stanie po 3 godziny w laboratorium absolutnie nie poprawia tego stanu. 


Pewnie zapytacie – czemu tylko takie cele? Gdzie ćwiczenia siłowe, regulacja snu, 68kg to przecież nadal dużo. Już tłumaczę – po pierwsze podzieliłam sobie proces odchudzania na fazy.

Przeanalizowałam ile czasu powinna mi zająć każda z nich, porównałam to z moim planem zajęć na uczelni, porą roku oraz tym, co ustaliłam z lekarzem*. W pierwszym etapie staram się wrócić do „wagi w normie” i poprawić mój ogólny stan – wzmocnić plecy, wyleczyć anemię. Zajmie mi to przynajmniej miesiąc, a teraz prze mną wiele zaliczeń, przez co nie mam tyle energii (tu również przyczynia się anemia) i czasu by odpalać na godzinę dziennie Chodakowską, Jillian czy inne trenerki. Najpierw poprawię swoje zdrowie.

Poza tym łatwiej jest mówić sobie „Ważę 72kg, więc do 68kg zostały mi tylko 4” niż „Teraz mam 72, chcę ważyć 57. Matko, jeszcze całe 15…”. Osiągnę jedno, postanowię drugie.

Toteż biorę się do roboty!

*ustaliłam, że w związku z anemią spowodowaną obniżoną przyswajalnością żelaza mam brać tabletki bo cytuję „jedzenie brokułów i wątróbki już tu nie pomoże”; dodatkowo w związku z bólami pleców mam wzmocnić mięśnie brzucha i pleców, szczególnie odcinka lędźwiowego; w związku z usztywnionym odcinkiem lędźwiowym mam się rozciągać; powinnam zrzucić minimum 5 kilo dla zdrowia; dostałam jakiegoś uczulenia, więc w pierwszej kolejności mam odstawić fast-food, napoje gazowane i czekoladę, bo to najgorsze alergeny i zazwyczaj po ich wyeliminowaniu wszystko mija i nie trzeba jeździć na testy alergiczne. Kompleksowa wizyta, nazbierało się to poszłam :)

sobota, 10 maja 2014

#7

Troszkę mnie nie było, ale ostatnie dni to chyba jakiś maraton. Mimo wszystko nie nagrzeszyłam zbyt bardzo żywieniowo, bo w sumie wierszy raz dopiero wczoraj - kawałek pizzy wczoraj na domówce i wódka (znam swoje reakcje na np. czerwone wino i ta opcja chyba jest najmniejszym złem). Pewnie powiecie, że dało się wybrać lepiej, jednak o 1 w nocy, po 10 godzinach zajęć, a potem jeszcze trzech, które sama prowadziłam biorę co dają.* Mimo wszystko mam w sobie jakieś nieskończone pokładu motywacji, biegam w sumie co drugi dzień i idzie mi coraz lepiej! Jest postęp, mimo małych potknięć.

Mam do siebie jedynie mały żal o to, że nie potrafię zaplanować sobie posiłków na następny dzień, przez co budzę się rano i nie wiem z czym zrobić kanapkę, bo nie mam z czym, nie mam też czasu na owsiankę i muszę kombinować. Na szczęście w gmachu mojego wydziału mają przepyszne kanaki z pełnoziarnistym chlebem, zawsze biorę albo łososia, albo biały ser. Są na prawdę przepyszne, ale mimo wszystko wolałabym zrobić je sama i nie przepłacać :S

miniCele na ten tydzień:
1. lepiej planować posiłki.
2. wcześniej kłaść się spać
3. zadbać o siebie po całotygodniowym maratonie (maseczki & spółka)
4. nie przestawać biegać!
5. zdać zerówkę!


Poza tym wyników z kolokwium nie ma, tych z rekrutacji na specjalizację też nie, wciskam F5 tak często, że niedługo wytrę literki.


*z resztą jak to powiedział kolega - co to za chemik, co alkoholu się boi.  

poniedziałek, 5 maja 2014

#3

Chciałam tylko napisać, ze panam na twarz, a przede mną jeszcze masa rzeczy do zrobienia. Mimo wszystko to jest dobry dzień.

niedziela, 4 maja 2014

#2

Rozliczając się z postanowień - nie usiadłam do mechaniki, ani nie ćwiczyłam. Pozostałe punkty zrealizowane. Na mechanikę ogarnęła mnie niemoc, nie mogę na to patrzeć. Odpuściłam sobie ćwiczenia ze względów zdrowotnych - gdy szłam rano na zakupy zaczęło mnie boleć kolano i nie przestało do tej pory. Postanowiłam go nie maltretować już dziś, choć przyszło mi to z trudem - chciałam pobiegać, bo na prawdę to lubię. Ale posprzątałam łazienkę, przy czym zmachałam się też nieźle.
Na wadze widzę pierwsze spadki, ale o tym za 5 dni.

MiniCele na jutro:
1. wstanę przed 10 i zacznę dzień od wody z cytryną.
2. przeczytam cały skrypt na laboratoria, a nie tylko wiadomości teoretyczne i w końcu otworzę mechanikę.
3. jeśli kolano pozwoli spróbuję pobiegać rano - zmiana pory biegania byłaby wygodna.
4. ugotuję pulpety w sosie grzybowym.
5. zmierzę obwody
6.wypiję przynajmniej 4 szklanki wody

Tyle na dziś :)

Przepis: Roladki z kurczaka w sosie pomidorowym

Uwielbiam gotować, wpadłam jednak swojego czasu w szał fixów i proszków. Mimo, że wybierałam raczej te, które w składzie nie mają chemii typu glutaminian sodu i tak wzięły mnie wyrzuty sumienia. No bo jak tak? Uczę dzieci gotować a sama dla wygody posługuję się fixami z torebki? Nie ma mowy! Tak też postanowiłam opracować własne "roladki schabowe w sosie pomidorowym" jednak okazało się, że nie mam schabu w zapasach. I tak powstało poniższe:


Roladka z kurczaka podana z kaszą kuk kus 
Roladki z kurczaka w sosie pomidorowym

Składniki:
2 pojedyncze piersi z kurczaka lub 1 podwójna
ser żółty (po jednym plastrze na roladkę)
szynka (po jednym plasterku na roladkę*)
papryka słodka, sól, pieprz, czosnek w proszku, majeranek**
bazylia, cukier, sól, pieprz
puszka pomidorów
koncentrat pomidorowy

*użyłam większej szybki gotowanej, więc wyszło po pół plasterka dla roladkę
**cały zestaw można zastąpić przyprawą do kurczaka lub przyprawą gyros.


Piersi z kurczaka myjemy, odcinanym pozostałości kości i kawałki tłuszczu, a następnie tniemy na filety (w zależności od wielkości piersi na 2 lub 3 filety). Lekko rozbijamy tłuczkiem każdy filet, następnie układamy na nim plaster szynki i plaster sera, zawijamy w ciasną roladkę i spinamy wykałaczkami. Posypujemy słodką papryką, solą, pieprzem, czosnkiem i majerankiem. Na patelnię wlewamy odrobinę oleju, rozgrzewamy i podsmażamy roladki tak, by wewnętrzna część mięsa się zamknęła (babcia uczyła, że dzięki temu mięso się potem aż tak nie wysuszy). Przekładamy roladki do naczynia żaroodpornego. Do miski wlewamy pomidory, dodajemy łyżkę koncentratu, bazylię, pieprz, sól i cukier (czubatą łyżeczkę na jedną puszkę, by pomidory nie były kwaśne) i miksujemy na gładka masę przy pomocy blendera. Tak zrobionym sosem zalewamy roladki. Otwarte naczynie wstawiamy do piekarnika (u mnie z termoobiegiem) ustawionego na 180* na około 30-40 min. Roladki są przepyszne zarówno z frytkami, ziemniakami, kaszą jak i z chlebem.


Proste i szybkie, a w dodatku nie potrzeba miliarda garnków! W dodatku można je dowolnie modyfikować - zastąpić szynkę boczkiem, sos pomidorowy sosem serowym, zamiast kurczaka użyć indyka lub schabu. Dzięki zapiekaniu w sosie kurczak nie wysycha, w dodatku szynka sprawia, że kurczak zaczyna smakować inaczej.

Przygotowanie sosu do roladek zamuje dokładnie tyle samo, ile zrobienie tego z torebki. Po co więc przepłacać :)

#1

to be able to outrun people

Dzień pierwszy zaliczam do udanych. Wypełniłam wszystkie 6 zamierzonych celów, wow! Jak założyłam zrobiłam domowe mydło, choć nie ubyło się bez problemów. W każdym razie przygotowałam 2 wersje - oliwkową i oliwkowo-kawową. Mydła już zdążyły zrobić się w miarę twarde, czeka je leżakowanie do wieczora, potem cięcie na kostki - każda porcję na 4 i dojrzewanie prze jakieś 6 tygodni :) Poniżej zdjęcia :)

domowe mydełka - oliwkowe i oliwkowo-kawowe
Pobiegałam sobie wieczorem, jestem niesamowicie dumna z tego, że udało mi się wreszcie pokonać jakieś swoje bariery. Zazwyczaj przy pierwszym bólu, suchości w gardle czy paleniu w płucach mówiłam dość i przechodziłam do spaceru. Tymczasem dziś przy buncie organizmu udawało mi się przekonać siebie, że dobiegnę jeszcze do pachołka, a potem jeszcze do drzewa, jeszcze do przystanku, do skrzyżowania. Tym samym odcinki biegowe były 2 razy dłuższe niż zazwyczaj! Godzina minęła jak z bicza strzelił.

MiniCele na jutro:
1. zjem śniadanie
2. zjem tylko jedną kolację
3. pójdę na zakupy i zrobię sałatkę ryżową z tuńczyka i roladki z kurczaka w sosie pomidorowym
4. uporządkuję i skompletuję notatki z wykładów
5. przejrzę zadania na kolokwium z mechaniki
6. poćwiczę lub pobiegam.

Znowu mało, ale chyba muszę działać z dnia na dzień.

Po dzisiejszych zmaganiach przebiegnięcie 5km stało się na prawdę realne!