niedziela, 15 grudnia 2013

Tym razem będę silniejsza. I mądrzejsza.

Zbliżający się koniec roku wymusił na mnie jak zwykle kilka refleksji. Zaczynając od tego, że jestem postrzegana jako osoba niemiła, kończąc na tym, że nie wyglądam tak, jakbym chciała. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wzięła się w garść. Zacznę od nowa, po raz setny, walkę o to, jaka chciałabym być, jak wyglądać i jak się czuć. Jestem chyba ostatnią osobą na świecie, która jeszcze wierzy, że może mi się coś udać. Nawet mój luby stwierdził ostatnio, że jest przekonany o tym, że poodchudzam się 3 tygodnie i mi przejdzie. Patrząc na to, ile razy już się poddawałam nie dziwię się temu co usłyszałam.

Jestem w trakcie planowania wszystkiego, zbieram przepisy, planuję, jak rozegrać te 5 posiłków dziennie, co i w czym mogę zabrać ze sobą na uczelnię. Robiłam już w tej kwestii tyle błędów, że teraz mogę tylko zrobić to lepiej. Filmik Niebieskoszarej o komponowaniu posiłków bardzo mi się w tym wszystkim przydał.

Postanowiłam zacząć od nowego roku. Paradoksalnie - od lutego sesja, przez co będę miała więcej czasu. Między nauką a egzaminami jest mi łatwiej znaleźć czas niż podczas "standardowego" tygodnia.

Póki co mam problem z określeniem, jak chcę wyglądać. Póki co było to "dobrze", "szczupło", "wchodzić w rozmiar S", ale mam wrażenie, że to nie wystarcza. Muszę nad tym popracować. Jedno wiem na pewno - kiedy osiągnę cel kupię sobie taką sukienkę:


Tak, taką zwykłą, prostą, obcisłą. Bo choć uwielbiam proste luźne kroje retro, od dawna marzyłam, żeby móc nosić coś takiego. Będę w niej chodzić cały czas pokazując, że można coś zmienić. Bo znów ważę najwięcej w życiu, około 67 kilogramów, czyli osiągnęłam tą wagę, która zaalarmowała mnie dawno temu w liceum.

Do zobaczenia w nowym roku, tym razem będę silniejsza. I mądrzejsza.

sobota, 24 sierpnia 2013

Sprawozdanie tygodniowe #1


Na drodze do odchudzania stanął mi okres. Ale! Trzymam się dzielnie nadal, trochę grzeszków, ale chociaż jem regularnie. W tym tygodniu 3 dni ćwiczeniowe – poniedziałek, wtorek i czwartek. Od poniedziałku zaczynam plan biegowy – chciałabym wreszcie faktycznie osiągnąć te 5 km.
Waga nadal stoi w miejscu, uparcie nie chce zejść poniżej 65kg. W centymetrach było widać różnicę – najpierw spadło po 2 cm z pupy i talii, ale teraz jakby się podniosło. Cóż – w trakcie okresu puchnę jak gąbka zanurzona w wodzie, nic nie jestem w stanie na to poradzić. Tyle, jeżeli chodzi o spowiedź.
W ramach wyjaśnienia – wiem, że można ćwiczyć w trakcie okresu, serio. Jednak u mnie nasila to krwawienie, czego wolę unikać.

A od poniedziałku….
Zaczynam z planem biegowym – bieganie w poniedziałki, środy i soboty. Do tego oczywiście ćwiczenia na pośladki, gdyż widzę, że dają efekty. Muszę jeszcze wdrożyć coś na brzuch, bo chyba o nim zapomniałam.

Nie poddaję się!

sobota, 17 sierpnia 2013

Zaczynam ponownie, tym razem porządnie.

Musze się zabrać za wszystko jeszcze raz, zbyt łatwo odpuszczam. Przecież pizza zjedzona na wczesną kolację mi nic nie zrobi. Przecież zjem tylko jeden kawałek. Zjadłam 3. Kolejnego dnia tosty z masą sera w środku i białym pieczywem. Moja odbierająca do wszystkiego chęci rodzina siedzi w domu, przecież długi weekend w końcu. Więc przestałam ćwiczyć. Tym sposobem dwa pierwsze dni wyzwania pośladkowego w ogóle się nie odbyły. Nawet nie odpaliłam filmiku. Basen w odstawkę, bieganie też. Niby dwa dni, ale uświadomiłam sobie, że zaczęłam źle, bez planu tak naprawdę. Także zaczynam od nowa. 

  • WYMIARY 
Pod biustem: 78cm
Talia: 76cm
Pupa: 101cm
Boczki: 91cm
Udo prawe: 61cm
WAGA: 65,7kg
Wzrost: 166cm

  • CELE 
  1. Ważyć ~57kg 
  2. Mniej widoczny cellulit 
  3. Mniej odstająca pupa – 90cm w obwodzie (-11cm) 
  4. Węższe uda – 55cm (-7cm) 
  5. Przebiec 5km ciągiem 
  6. Węższa talia – mam zamiar zejść poniżej 70cm (-7cm) 
  7. Płaski brzuch, bez fałdek.
  8. Zredukować boczki - 85cm (-6cm)

  • ZDJĘCIA „PRZED” 


  • JAK TO OSIĄGNĘ?
  1. Będę jadła więcej warzyw – przynajmniej 2 porcje dziennie 
  2. Odstawię słodycze (ograniczanie się nie sprawdza) i słodkie napoje. 
  3. Będę pić 1,5l wody dziennie (i tylko wody) 
  4. Będę biegać przynajmniej 3 razy w tygodniu 
  5. Do końca wakacji będę chodzić na basen, przynajmniej 2 razy w tygodniu 
  6. Będę ćwiczyć przynajmniej przez pół godziny przynajmniej 4 razy w tygodniu 
  7. 4 małe posiłki dziennie + obowiązkowo śniadanie 
  8. Będę się tutaj spowiadać ze wszystkiego. 
  9. DAM Z SIEBIE WSZYSTKO! 

  • ILE MAM NA TO CZASU?
Myślę, że do sylwestra czyli 4,5msc to będzie aż nadto czasu, żeby tego dokonać. Zaczynam od teraz.

  • JAK SIĘ BĘDĘ KONTROLOWAĆ? 
  1. Co niedziela będę się mierzyć i warzyć, oraz porównywać to z pierwotnymi wynikami. 
  2. Raz w miesiącu wrzucę zdjęcia porównawcze.

Tym samy zaczynam, mam nadzieję, że ostatni raz :) trzymajcie kciuki!

czwartek, 15 sierpnia 2013

Dzień szósty – o zabijaniu motywacji słów kilka

Zostałam dziś wyśmiana i to dość boleśnie, bo przez własnego ojca. Ubrałam się w dres i różową koszulkę i poinformowałam rodzinę, że idę biegać. W tym momencie tata wybuchnął śmiechem i rzekł: „Ty? Biegać? Śmieszne!”. Biegać oczywiście poszłam i dałam z siebie wszystko. Po powrocie usłyszałam „O, już jesteś, no 15 minut pobiegała, patrzcie ją…”. 15 minut, a 30, żadna różnica.

I tak od całej rodziny słyszę od kilku dobrych lat:
„ty to taka dupiata jesteś”
„z takim tyłkiem to żadna sukienka na ślub na tobie leżeć nie będzie” (nic, że nawet zaręczona nie jestem)
„ale masz wałeczki!”
„i co? Ty myślisz, że będziesz miała taką figurę jak te dziewczyny z gazet? Jak ktoś tak od urodzenia nie wygląda, to mu się nigdy nie uda”
„poćwiczy 3 dni i przestanie, ona już taka jest”

Jedyną osobą, która mnie wspiera jest mój luby, gratuluje mi każdego kolejnego dnia. I potrafi mówić do mnie tak, żebym się zmotywowała, a nie spuściła po sobie ogon.

Także dziś pobiegałam i jestem z siebie samej tak cholernie dumna, dlatego że mimo wszystko wyszłam z domu. Dała radę, kolejny raz. A wszystkie „pomocne” ciocie i babie z wielkim balastem jeszcze się zdziwią.

Mam nadzieję, że my macie lepszy doping w swoich staraniach...

Jeden pozytyw dnia dzisiejszego - waga wskazała 64,9 kg, czyli 1,1 kg mniej! Wiem, że to zapewne utrata wody, ale motywuje szalenie :) jeeeej!

środa, 14 sierpnia 2013

Dzień piąty

Dzień ciągnął się niesamowicie. Zafundowałam sobie dzisiaj po raz kolejny wycisk z Mel B. A potem… potem oczywiście musiałam pogrzeszyć. Kilka cukierków i mały batonik, ale zawsze. Zła jestem na siebie, ale nie miałam jak ani z kim się ruszyć z domu i tak ślęczałam samotnie w czterech ścianach. A jak się człowiek nudzi to zajada samotność.

Ale! Na blogu http://przepisy-z-becoming-a-hero.blogspot.com/ znalazłam świetny przepis na lekkie leczo – bez żadnych kiełbas, za to z cukinią i kurczakiem. Przepis znajdziecie tutaj. Moja wersja, zjedzona z ryżem, wyglądała tak:


Za przepis serdecznie dziękuję autorce! Zrobię zapewne jeszcze nie raz, bo leczo jest przepyszne 

wtorek, 13 sierpnia 2013

Dzień czwarty

Naczytałam się wczoraj w internecie o treningach Mel B. Zachęcona przez was odpaliłam jeden z nich – 20minutowy trening całego ciała. Nie wiem, kiedy ostatnio pot ciekł mi strugami po plecach i biuście, ale Mel przypomniała mi jakie to uczucie. Niby 20 minut , a mokra byłam caluteńka, łącznie z powiekami.  Także dla Mel kciuki w górę!

Sadełko jest, jeszcze! Mel B liczę na ciebie!

A wieczorem ponownie basen, tym razem intensywniej, więcej kraula i próba lepszego kontrolowania własnego oddechu. Po 18 basenach złapał mnie potworny skurcz i to w obie stopy, nie chciał przejść i musiałam wyłazić :S Chociaż czepek zakupiłam nowy, dokładnie taki sam jak poprzedni.

Dziś trafiłam także tutaj  – na „power sałatkę z kus-kusem”. Swoją wersję musiałam zmodyfikować, a jakże, bo nie miałam w lodówce połowy składników. Tym sposobem swoją ukręciłam z fasoli, kus-kusu, pieczarek, brokułów, orzeszków ziemnych, cytryny, pieprzu, soli i bazylii. Zapewniam, że lekko podgrzana jest nieziemska i naprawdę dobrze wypełnia brzuszek :) Autorce bloga 42kmandmore dziękuje za inspirację/przepis (bo na pewno kiedyś zrobię pełną wersję). Tymczasem moje arcydzieło wygląda tak:

Mała porcja, w ramach obkurczania żołądka. 

Myślę sobie, że ta sałatka naprawdę daje power – ma białko, węglowodany, dużo witamin i błonnik, czyli w sumie wszystko to, czego mi trzeba. No i na dodatek smakuje! I właśnie zajrzałam do lodówki - z całej miski pozostała 1/4 - mamo, smacznego!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Dzień trzeci

Dałam szansę Ewie Chodakowskiej jeszcze raz. Ponownie uruchomiłam Skalpel i stwierdziłam, że dojadę do końca choćby nie wiem co. Znowu się wynudziłam. Ale!

Ewa dała mi wycisk, oj dała. Bolało mnie wszystko, czasem nie dawałam już rady. Tylko czemu kazała mi ciągnąć brodę do klatki piersiowej przy brzuszkach pojąć nie mogę. W każdym razie wiem, że do niej jeszcze wrócę, ale robić będę tak, jak to być robione powinno.

Wieczorem udałam się na basen, pół godzinki pływania, żeby moje płuca się oswoiły z tym, co je czeka w najbliższym czasie. Ostatni raz pływałam rok temu w wakacje, bo płaciłam 2zł za godzinę jeszcze jako licealistka. Potem zarzuciłam sport, bo tam, gdzie studiuję godzina na basenie nie schodzi poniżej 12zł.

Muszę przyznać, że już zapomniałam, jak odprężało mnie pływanie. Człowiek przestaje myśleć o całym świecie, w głowie ma tylko raz-dwa-trzy-wdech, albo wdech-wydech-wdech-wydech. Mózg mi się zrestartował, na to z resztą liczyłam. A potem ukradziono mi czepek. Tak, taki zwykły, czarny, gumowy. Pazerność…

Zaczęłam wspomagać umieranie mojego cellulitu peelingiem kawowo-imbirowym. Jejku! Nie miałam takiej gładkiej skóry od dzieciństwa! Polecam :)

A wy jakie wspomagacze stosujecie?

Pośladkowe wyzwanie- 30 day butt lift

Przeglądałam internet, natknęłam się na tego bloga i pomyślałam - czemu by nie. Podejmuję pośladkowe wyzwanie! Więcej o nim przeczytacie tutaj, nie ma sensu, żebym się rozwodziła, skoro ktoś zrobił to dużo lepiej i bardzo jasno. Link do wydarzenia na faceboku tutaj. Oficjalnie zaczynamy 15 sierpnia, także chyba muszę potrzymać jeszcze chęci an uwięzi.

Zanim się podjęłam miałam obawy, bo jakby to tak bez nich - czy pupa nie zrobi się jeszcze bardziej wypchnięta do tyłu i nie będę potem jęczeć jak opętana, że wyglądam jak nie wiem co? Przejrzałam jednak wszystkie 10 filmików i stwierdzam, że na pewno nie zaszkodzą, a mogą jedynie pomóc :)
Plan ćwiczeń wygląda następująco:


Jak widać jest kilka przerw, wraz z trwaniem programu intensywność ćwiczeń wzrasta - zaczynamy od 10 minut, kończymy na około 30. Linki do filmików na blogu podanym wyżej + na facebooku.

Także wyzwanie podjęte, teraz tylko formalności:

obwód na linii pupy - 101cm
Zdjęcia z dziś, czyli "przed" (bo mam nadzieję, że będzie "po")


O zgrozo, jak patrzę na to, to mnie przekręca na lewą stronę. Tymczasem moja koleżanka twierdzi, że składa się z "cycków, talii i bezdupia". Także może po prostu jakoś oddam jej trochę swoich tyłów ;)

Zachęcam do brania udziału w wyzwaniu!

niedziela, 11 sierpnia 2013

Dzień drugi

Rodzina wróciła z Chorwacji i przywieźli mi to co kocham najbardziej – białe wytrawne wino i chorwackie żelki w ilości 7 paczek. Teraz pokusa stoi na biurku i na mnie patrzy maślanymi oczami. Wino otworzę jak będę miała co świętować, żelki wędrują na dno szafy.

Odpuściłam sobie dziś ćwiczenia, po części ze względu na piekący ból w pośladkach, ale też dlatego, że jest niedziela i dzień jakiś taki rozlazły się zrobił. Mimo wszystko w ramach odchudzania ściągnęłam (o ja piratka!) kilka filmów Ewy, Jillian i 30 day butt lift.

Nie lubię słowa dieta, dieta brzmi jak coś, co nie ma smaku i wymaga wyrzeczeń, łez i cierpienia. Zaczynam więc praktykować „zdrowe i mądre odżywianie”, czyli w telegraficznym skrócie:
  1. Żadnych napojów gazowanych ani nawet wody z gazem
  2. Ograniczenie makaronów (zdałam sobie sprawę, że jem je codziennie)
  3. Żadnych słodyczy (nie kusze losu, odwyk to odwyk)
  4.  Regularne posiłki
  5. Przynajmniej 3 porcje warzyw dziennie
  6.  1,5 litra wody dziennie
Jak widać nic wielkiego, mam wrażenie, że wytyczenie sobie limitu kalorycznego czy inne ścisłe zasady sprawiają, że to właśnie przez to najczęściej rezygnujemy z podjętego wyzwania. Jak pomyślałam, tak i ugotowałam.
Krokiety (smażone na suchej patelni) z farszem z kurczaka, jajka, sosu sojowego
i mieszanki chińskiej (marchewka, kiełki, grzyby mun, cebula, bambus i tym podobne). 
 
Zjadłam jednego, odłożyłam trochę na jutro, a resztę zjadła ze smakiem mama. Odpuściłam sobie moją ukochaną panierkę, więc sam naleśnik jest w formie czystej. Niestety upichcony został z samej białej mąki – po ciemnej ślad zaginął i znaleźć jej nie mogę.

Lubicie chińszczynę, a właściwie chińsko-polskie porozumienia?

sobota, 10 sierpnia 2013

Dzień pierwszy

Z faktu niskiego ciśnienia sięgnęłam rano po kawę i myk w dresik, ćwiczymy z Ewą Chodakowską. Może jestem nienormalna, ale Skalpel mi się nie podobał. Po pierwsze – moje ciało bez rozgrzewki kiepsko przędzie, więc musiałam zastopować, rozgrzać się, poskakać trochę i dopiero lecieć dalej. Po drugie wynudziłam się śmiertelnie. Skończyło się na tym, że obejrzałam do końca na szybko i potem skleciłam własny program ze znanych mi ćwiczeń. Tym samym boli mnie wszystko, przyjemne uczucie. Przeglądając blogi w spisie zauważyłam, że chyba szał na Ewcię się skończył, a przynajmniej pomału zmierza ku końcowi. Ja od jutra wracam do sprawdzonej Jillian – gdy z nią ćwiczyłam, miałam takie zakwasy, że sama myśl o tym, żeby usiąść czy wstać przyprawiała mnie o mdłości.
Przez ostatnie 40 dni bycia wychowawcą kolonijnym żywiłam się tym, co dostałam z kuchni w ośrodku, co było chyba najgorsza opcją z możliwych –pierogi, schabowe, zabielane zupy, ciasta na deser, spaghetti. Fakt, kucharka gotowała genialnie, ale przez ten czas jedyne warzywko jakie jadłam to pół pomidora przy śniadaniu i kolejne pół przy kolacji, czasem na stół wjechała sałatka z majonezem. Dodatkowo co jakieś 5 dni mandarynka w ramach deseru. Co się stało z moimi jelitami, gdy dziś wrzuciłam w nie dzisiaj zupę warzywną, sałatkę oraz jogurt z otrębami – to niech już sobie każdy wyobrazi. 
Przed chwilą pół godziny marszu/biegu, tym razem jedna więcej biegu niż marszu.  

Tytułem płaczliwego wstępu...

Wakacje w pełni, nie odchudza się już nikt, bo wszędzie lody, pizza, frytki, oscypki i rybka smażona na głębokim tłuszczu. Mmm, pycha. Popuściłam pasa i ja. A nie, wróć. Nie zaciskałam pasa nigdy, jadłam to, co chciałam. No i wyjechałam na obóz z dziećmi, gdzie kochane szkraby mnie dokarmiały wszystkim. Wróciłam, przejrzałam zdjęcia i aż krzyknęłam „o kur** mać!”. Nie wiedziałam, że wyglądam tak źle. Lustro nie oddaje tego, jak ciało porusza się w ruchu, zdjęcia jednak robią co należy. Tak też ujrzała następujące:



I byłam bliska płaczu.

Żeby nie było, nie uważam, że prezentuję sobą jakąś zupełną tragedię, bliżej mi jednak w tę stronę niż do szczupłego ideału. W każdym razie po zobaczeniu tych zdjęć stwierdziłam (po zebraniu szczęki z podłogi), że czas z tym coś zrobić, a nie tylko o odchudzaniu czytać. Póki jest ciepło mam szansę się wkręcić i nie szukać wymówek w stylu „po jest już brzydko i zimno”.

Dla utrwalenia momentu grozy w całej okazałości zrobiłam zdjęcia poglądowe:



Wymierzyłam się:

Pod biustem: 78cm

Talia: 75cm

Pupa: 101cm

Udo prawe: 61cm

WAGA: 66kg
WZROST: 166cm --> BMI: 23,9

Na brak tyłka jak widać nie cierpię, na brak talii - a i owszem! Także moim głównym celem będzie zrzucenie pupy i uzyskanie wcięcia w talii. Tym samym - do pracy!

Kochane blogerki, liczę na wsparcie! :)