niedziela, 19 stycznia 2014

Co ma cukier do bólu głowy?

Dzień dobry!

Przychodzę do Was z pytaniem - czy cukier ma jakiś wpływ na ból głowy? Wujek Google milczy, a praktyka wskazuje, że jakiś związek mieć musi. Zauważyłam już jakiś czas temu, bo, ponad 2 lata temu, że po zjedzeniu większej ilości słodkiego boli mnie niesamowicie głowa, momentami wręcz migrenowo, ból wchodzi aż na gałkę oczną lub szczękę. Analizowałam to i raz nawet upodliłam się celowo - wychodzi na to, że coś się w moim organizmie robi nie tak po zjedzeniu cukru jako takiego - czekolady, batonów, kremu czekoladowego grubo na kanapce, a nawet herbatników. Dziś dopadło mnie po SunBites - dramat jakiś. Bo owocach, makaronach, jogurtach ani niczym innym mnie nie łapie (no, poza momenatmi, gdy siedzę u kogoś, kto dopuszcza tylko temperatury miliarda stopni we wnętrzach). Nie, żebym jakoś strasznie cierpiała, bo wolę słone przekąski, ale nie chcę cierpieć po zjedzeniu batona. Dlatego pytam Was - czy mój ból głowy może mieć coś wspólnego ze skokami cukru we krwi? Może któraś z Was się już z tym spotkała, może wiecie, jakie robić badania, lub macie inne pomysły? A może Wy też tak macie? Dodam, że po kawie (takiej z kofeiną) ból też męczy, a ciśnienie mam raczej stałe i to z gatunku tych niskich.


Pomijając to, że cierpię strasznie, a w domu etopiryny brak, to zdaję raport.

Sytuacja ma się tak, że moja faza na ryby trwa nadal. Jeżeli mogłabym je jeść po 3 kilo dziennie - ok! nie ma problemu! Toteż moje śniadanie składa się z kanapek z paprykarzem i pomidorem (potem zagryzionych jeszcze jednym pomidorem i gruszką), do tego kawa Inka - tęskniłam za nią tak bardzo. Sprawdziłam nawet, czy paprykarz jest bardzo zły. Okazuje się, że mój ma 40% ryby, a tym 20% łososia (rozpusta!), do tego olej, ryż, warzywa i paprykę w proszku. I tyle! Żadnych E ani glutaminianów, pozytywnie się zaskoczyłam.


Zrobiłam sobie dziś także mały posiłek radości - spaghetti razowe z cukinią, suszonymi pomidorami, czosnkiem i chilli w płatkach. Posypałam całym jednym plastrem sera - rozpieszczam się :P W tym spaghetti najcudowniejsze jest to, że rewelacyjnie smakuje na ciepło jak i na zimno, czasem dorzucam do niego kurczaka i zabieram w pojemniku na uczelnię. A że z czosnkiem? Ktoś, kto ustawił mi wykład na 7 rano nie zasługuje na to, bym na nim pachniała :)


Cały przepis pochodzi z programu "Rewolucja na talerzu" z odcinka o luchboxie. Moja wersja oczywiście jest skrócona, bo ani do skórki z cytryny, ani do tymianku do końca przekonana nie jestem. Źródło oraz inne przepisy z odcinka tutaj: ŹRÓDŁO

Sałatka makaronowa z cukinią 
150 g makaronu pełnoziarnistego
1/2 cukinii
1 szalotka
4 suszone pomidory
4 gałązki tymianku
1 ząbek czosnku
1 suszona papryczka chilli
50 g orzeszków pinii
skórka z 1 cytryny
2 łyżki startego parmezanu
2 łyżki oliwy
sól i pieprz
 
Cukinię pokrój w pół-talarki. Szalotkę drobno posiekaj. Suszone pomidory pokrój na małe kawałki. Niezbyt mocno rozgrzej na patelni oliwę, tak aby się nie paliła i nie dymiła. Wrzuć do niej obrany i lekko zgnieciony ząbek czosnku oraz chilli (ogonek chili odkrój delikatnie, tak aby nie wyleciały z niej pestki). Podsmażaj je na wolnym ogniu przez około 3 minuty aż czosnek zbrązowieje a oliwa przejdzie smakiem czosnku i chilli. Następnie wyjmij z oliwy czosnek oraz chilli i wyrzuć. Zwiększ płomień pod patelnią, wrzuć na oliwę cukinię i podsmażaj przez chwilę. Dodaj posiekaną szalotkę, listki tymianku, skórkę z cytryny oraz suszone pomidory, posól i popierz. Podsmażaj przez około 10 minut.

W międzyczasie w osolonej wodzie ugotuj makaron - koniecznie al’dente. Upraż na suchej patelni orzeszki pinii. Odcedzony makaron dodaj do usmażonej cukinii, całość posyp startym parmezanem, uprażonymi orzeszkami pinii i wymieszaj. Odstaw do całkowitego przestudzenia. Przed podaniem posyp listkami tymianku, skórką z cytryny i parmezanem.

Jeżeli któraś ma pomysł na to, co mi dolega - proszę napiszcie w komentarzach.  A w wolnej chwili wypróbujcie przepis w wersji oryginalnej!

Waga: 65,8kg

sobota, 18 stycznia 2014

Sukcesy - o spaniu, rozciąganiu i chudnięciu słów kilka

Dzień pod hasłem SUKCES!

Schudłam 3,2 kg! Czyli z 68 na 64,8kg :) Mam z tego niesamowitą radochę, bo nawet mój luby przyznał, że jakiś bardziej płaski brzuch mam :) Tyle radości w jednym prostym stwierdzeniu :)

Wczoraj trochę zawaliłam z jedzeniem - wypiłam chyba półtorej szklanki coli, ale na prawdę zrobiło mi się po tym lepiej - powinnam chyba jeść więcej węglowodanów, bo chodzę senna jak niedźwiedź wybudzony w środku zimy.

Muszę się także porządnie wziąć za ćwiczenia, ale na tym gruncie również tragedii nie ma - rozciągam się 2 razy dziennie - po wstaniu i przed snem. Zawsze do zestawu wchodzą ćwiczenia na kręgosłup które pokazała Bluzesweatpants jakiś czas temu, do tego głównie rozciągam nogi - mam taki zastój, że jeszcze 2 tygodnie temu bolało mnie wszystko przy siadzie prostym w momencie gdy prostowałam plecy. Brrr... Staram się także do wieczornego zestawu dorzucać wszelakie pompki (przy komodzie), różne brzuszki, przysiady i nawet pokraczną wersję burpees :)

Lisie Piekło w filmiku o postanowieniach noworocznych (http://www.youtube.com/watch?v=qBFGwiWuKm0&feature=c4-overview&list=UUt2IsCngTU-0P9eXUC0Rg7g) mówiła o tym, co przedsięwziąć, żeby wszystko doszło do skutku. Wzięłam to sobie do serca (patrz - rozciąganie) i postanowiłam spać na boku lub plecach (wiem, brzmi absurdalnie). Budziłam się co rano z potwornym bólem jak to nie barków, to odcinka lędźwiowego, a potem przynajmniej do 9 (a wstaję o 6) skamlałam, jak to mnie boli. Czemu? Bo śpię w jakiejś absurdalnej pozycji - na brzuchu, jedna ręka ugięta z dłonią pod twarzą, druga nad głową wyprostowana do góry, jedna noga prosta, druga maksymalnie zgięta i podciągnięta pod brzuch. Taka trochę atomówka, ale spróbujcie same - to nie może być zdrowe dla pleców. Toteż staram się spać na boku (wychodzi!), a mój luby pieje z zachwytów, bo się nie rozpycham. Aż tak bardzo.

Wracając jeszcze do filmiku - na prawdę, obejrzyjcie. Dzięki Lisowi zaczęłam nawet robić porządnym demakijaż. Taki z mleczkiem, wacikiem etc. Nie wiem, jak do tej pory radziłam sobie samym mydłem, serio...

I ostatni sukces - kończę aktualnie III semestr studiów i zdałam sobie sprawę z tego, że opuściłam jedynie 8 godzin zajęć w tym semestrze - basen bo zepsułam sobie bark śpiąc (patrz wyżej, to możliwe), potem byłam chora. Pozostałe 4 to już chęć zrobienia przyjemności mamie i wcześniejszego powrotu do domu. Postanowiłam, dokonałam! I nikt mi w to nie wierzy...

Dziękuję Wam dziewczyny za wsparcie - niby takie tam komentarze, ale zawsze czuję się po nich lepiej :))

Waga: 64,8kg 

sobota, 11 stycznia 2014

Pierwsze postępy + jak było, a jak jest

Waga pokazała dziś rano pierwsze postępy! Schudłam równiutkie 2 kilogramy. Rozumiem, że to niewiele, ale psychicznie czuję się znacznie lepiej, widząc 66kg zamiast 68kg. Mimo, że to praktycznie jedynie utrata wody i ponoć nie ma się z czego cieszyć, to jednak ja mam od razu lepszy humor z rana. Czemu? Bo do 66kg byłam przyzwyczajona, waga skakała mi do nich po wieczornym obżarstwie pizzą albo frytkami. Taki powrót na stare śmieci :)

Mam też bardziej płaski brzuch, bo zwyczajnie zmieniłam dietę. Mam teraz pewność, że nawet jeśli zjem coś w trakcie bycia na uczelni, to wybiorę coś zdrowego, a tym samym moja koszula nie zacznie się ciągnąć z przodu na guzikach. Znowu - zwyczajne poczucie komfortu :)

Jeśli chodzi o dietę - teraz jem tak:


Powyżej: pełnoziarniste pancakes z prażonymi jabłkami do szarlotki, które zamieniam na dżem, słony twaróg (wtedy placuszków nie słodzę) lub miód. Z tego przepisu: http://relishmeals.blogspot.de/2013/10/469-saturday-pancakes-czyli-jak-zaczynac.html


Powyżej: sałatka z pomidorem i kurczakiem, do tego babeczki ryżowe z tego przepisu: http://aktywniepozdrowie.pl/sniadania-na-wynos/styczen/tydzien-3/668-pitek (o tej stronie napiszę innym razem, polecam przejrzeć ją jednak już teraz - miliony zdrowych prostych przepisów na dania na wynos!)

Te babeczki to rewolucja w mojej kuchni. Biorę je na wynos na uczelnię, zjadam jako przekąskę lub jako dodatek do obiadu czy kolacji. Robię około 6-7 sztuk, wkładam do lodówki i mam z głowy gotowanie ryżu na 2-3 dni. Babeczki składają się z ryżu gotowanego w curry, fasoli, szynki, cebuli i jajka i są po prostu przepyszne. Na zdjęciu posypałam je dodatkowo suchym serem z Biedronki (jak dla mnie genialny wynalazek, mała porcja, starty, wystarczy otworzyć. W dodatku w składzie sam ser!).


Powyżej: kurczak w ostrej i słodkiej papryce, ryż gotowany w curry, ostrej papryce i lubczyku (musicie spróbować!) i brokuły.


I przechodzimy do tego jak było... 


Powyżej: Karkówka marynowana w oleju, keczupie, czosnku i ziołach, następnie pieczona, do tego frytki. Tak, dobrze widzicie, frytek jest po brzeg talerza, ledwo je na nim zmieściłam. Sama tyle jadłam jeszcze w starym roku. Ta porcja akurat została zrobiona równolegle z kurczaczkiem z brokułami z wyższego zdjęcia i została pochłonięta przez mojego lubego.


Staram się wrzucać warzywa gdzie mogę, nie pogardziłam jednak wczoraj własnoręcznie zrobioną lazanią. Wtarłam do niej marchewkę i pietruszkę i choć pachniała niesamowicie i aż wyszła z brytfanki, to zjadłam jedynie 1/3 porcji, którą zwykłam jadać (albo się nią przejadać). Nie uważam, że powinnam mieć wyrzuty sumienia - lazania nigdy dla mnie grzechem nie będzie, bo robię ją z chudego mięsa, warzyw i olbrzymiej ilości pomidorów, w dodatku staram się nie przesadzać z serem na wierzchu.

Notorycznie zapominam też się zmierzyć. Zawsze przychodzi mi to na myśl w środku dnia, gdzie mierzenie obwodu brzucha, czy talii w moim mniemaniu nie ma sensu. Postaram się jednak jutro rano pamiętać o tym :)

Waga: 66kg. 

sobota, 4 stycznia 2014

Zdrowotny bum! w telewizji, czyli jakie programy warto obejrzeć? (cz.1)

Jestem maniakiem zdrowego odżywiania! Z fanatyzmem pochłaniam wszelakie programy typu "Wiem co jem, wiem co kupuję", "Fat killers" (który mnie zawiódł niesamowicie) i podobne. Przerobiłam "Agentkę do zadań specjalnych" oraz "Cofnij zegar". O ile programy o produktach, skierowane do konsumentów, są bardzo rzeczowe i zrobione na prawdę rewelacyjnie, o tyle zdecydowana większość programów o odchudzaniu sięga dna - uczestnik ma powiedziane co ma jeść, potem szybka metamorfoza, żeby poczuł się dobrze ze swoim grubym ciałem no i... tyle. Nie ma efektów diety i śmiem twierdzić, że ich nie będzie - żyję w przekonaniu, że jeżeli poczuję się rewelacyjnie w swoim obecnym ciele, to nie będę miała ochoty nic w nim zmienić.

Co więc, według mnie, warto obejrzeć?


"Niezwykli ludzie. Zagadka otyłości" czyli odcinek 4 (ten dotyczy tematu, inne też są świetne)
http://tvnplayer.pl/programy-online/niezwykli-ludzie-odcinki,1300/odcinek-4,zagadka-otylosci,S00E04,20762.html

Program, który w ostatnich dniach zburzył moje postrzeganie otyłości. Okazuje się, że faktycznie można przytyć jedząc 1400kcal dziennie (ah te hormony!), oraz że w organizmie osoby otyłej zalega nawet do 15kg jedzenia! Dodatkowo szczegółowo opisano przebieg operacji zmniejszenia żołądka oraz różnice w poruszaniu się osoby otyłej i szczupłej. Na koniec ciekawostka - zapaśnicy sumo i to, że mają tłuszcz gdzie indziej, niż my.


"Cała prawda o jedzeniu" 
http://tvnplayer.pl/programy-online/cala-prawda-o-jedzeniu-odcinki,1469/

Troje młodych ludzi i dużo ciekawości - wiszą na infoliniach producentów żywności, zadają niewygodne pytania, robią nawet badania genetyczne, by zobaczyć, z jakiego mięsa są zakupione kebaby (konia nie znaleziono, uff...). Podróżują po całym świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na niektóre pytania, wszystko wyłożone jest jasno i na temat. Czego można się przyczepić? To, co u nich jest ogólnodostępne jak np. ostrygi, u nas w Polsce jest albo ciężkie do dostania, albo drogie.


"Pokolenia fast foodów"
http://tvnplayer.pl/programy-online/pokolenie-fast-foodow,3991.html

Program, który obejrzałam już jakiś czas temu, niedługo znów będzie dostępny do obejrzenia. Poruszana jest tu niezwykle drażliwa kwestia - otyłe dzieci. Ekspert od zdrowego żywienia postanawia odwiedzić 3 rodziny, docieka, czemu dieta najmłodszych domowników wygląda tak, a nie inaczej. To tylko 3 rodziny, ale niestety daje to ogólny obraz większości amerykańskich rodzin.

więcej niedługo. 

piątek, 3 stycznia 2014

Zdrowy gorący kubek oraz dzień pierwszy.

Moją kulinarną miłością od dawien dawna pozostaje Nigella Lawson. Jej kuchnia jest niesamowicie tłusta, nawet na moje standardy, nauczyłam się jednak modyfikować większość przepisów tak, by moje enzymy trawienne nie dostały szału i się nie zbuntowały. W którymś odcinku któregoś programu (za dużo ich było, nie spamiętam) Nigella gotowała swoim dzieciom zupę z zielonego groszku (wystarczy wygooglować „zupa bagienna Nigelli”). Dzięki temu przepisowi nauczyłam się tolerować groszek, a dzięki innym, w tym na risotto, po prostu go pokochałam. Dziś gotuję tą zupę nieco inaczej, niż w oryginalnym przepisie, zajmuje to dosłownie kwadrans, pachnie niesamowicie i wprowadza w nieco lepszy nastrój po ciężkim dniu. No i w końcu warzywne kremy to samo zdrowie!

Zielona zupa krem z groszku

Prażona cebulka (lub mała cebula pokrojona w kostkę i przesmażona)
Suszona mieszanka warzywna
Puszka zielonego groszku
Woda, sól, pieprz
Ser

Zagotowujemy w około 2-3 szklankach wody cebulkę i 2 płaskie łyżki suszonych warzyw. Gdy zmiękną, dorzucany odcedzony groszek i gotujemy, aż stanie się mięciutki. Miksujemy na gładką masę, doprawiamy solą i pieprzem. Z takiej porcji wychodzą 2 kubki zielonej zupy.

Wersja kaloryczna: po zmiksowaniu w zupie można rozpuścić ser typu camembert, mozarellę, ser topiony lub zwykły ser żółty oraz podać z grzankami.

Wersja bardziej fit: posypujemy na wierzchu parmezanem lub innym suchym aromatycznym serem, lub zupełnie pomijamy ser (ale po co pozbawiać się wszystkiego, co lubimy?)

Oczywiście zamiast cebulki i warzyw można użyć rosołu, bulionu, a nawet kostki rosołowej (fuj!). Wszystko zależy od tego, co akurat mamy pod ręką. Pomysł na mój zestaw wziął się od pani Kasi Bosackiej, która w jednym z odcinków „Wiem co jem, wiem co kupuję” przyrządziła własne „warzywko” z suszonych warzyw, lubczyka, kurkumy, prażonej cebulki i soli.


Oczywiście zaraz po tym, jak zjadłam kubek mojej pysznej zupki, mój luby poprosił mnie, bym skoczyła mu do sklepu po frytki. Poszłam. A potem wlazłam z kilogramową torbą na czwarte piętro – od dziś nie używam windy. W tym momencie nienawidzę tych frytek za to, że musiałam je nieść.


Waga: 68kg