środa, 30 kwietnia 2014

Krótka złość na Bridget Jones

Czytam właśnie drugą część serii o Bridget Jones, czyli "W pogoni za rozumem". Jestem w połowie i nachodzi mnie taka myśl, że ta kobieta na prawdę powinna za rozumem biec, gonić, pościg urządzić wręcz. Przez pierwszą część "Dziennika..." każdy wpis zaczyna się od podania wagi (która oscyluje w granicach 57-62kg), to samo w drugiej części serii. Zastanawiam się, czy to faktycznie aż tak dużo. Wyobrażasz sobie Bridget jako kobietę trochę niższą ode mnie, może jakieś 164-162 cm, czyli waga o którą bohaterka tak płacze to waga, która jest jak najbardziej prawidłowa w jej wypadku. Przypomina mi się ponadto wpis, w którym absolutną tragedią staje się obwód uda wynoszący zawrotne 55cm.

Zaczęłam się przez to zastanawiać, czy nie stawiam sobie (oczywiście w odniesieni do książki) zbyt małych wymagać. Nie powinnam przecież chcieć być szczupła, tylko wręcz chuda? Zawsze mierzyć trochę wyżej? Czy jestem gruba podwójnie, bo chcę tylko średniej, a nie poniżej średniej?

To niby tylko książka, a bohaterka do najmądrzejszych nie należy. Ale zaczęłam się zastanawiać też zupełnie w drugą stronę – czy to, że mam wagę w górnej granicy zdrowego BMI, małą oponkę i boczki powinno obligować mnie do tego, żeby schudnąć? Czy może Gok Wan ma jednak rację, gdy nakłania kobiety do czucia się pięknymi i nie wspomina przy tym o odchudzaniu. Pomijam kwestie zdrowotne, rozważam te czysto estetyczne.

Myślę sobie, że popadamy w obsesję. I chyba przyznam rację Ewie Chodakowskiej, która kiedyś powiedziała, że przez ćwiczenia mamy się CZUĆ lepiej, a ciało to tylko skutek uboczny. Najpierw umysł.

I zastanawiam się też, choć może to głupie w nurcie dążenia do doskonałości – skoro cellulit ma 80% kobiet, to czemu uważa się go za brzydki? Czy nie jest on normą?


Wyszło chaotycznie, ale najzwyczajniej nie czuję się dobrze w środku. I może od naprawy środka zacząć się powinno.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

We wrześniu mam wesele siostry.
Nie mieszczę się w moje ulubione spódnice
Wyciągnęłam z szafy starą sukienkę i wyglądam w niej jak pasztet. Pasztet w panterkę.
I nadal nie daje mi to kopa. 
Chyba się poddałam.

Nadal chciałabym przebiec maraton, mieć super figurę i nosić te cudowne króciutkie topy dostępne w H&M. Ale wiecie jak to jest - dopóki człowiek się sam się w sobie nie zbierze, to nic go nie przekona.

Chciałabym, ale nie chce mi się.